wtorek, 26 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 1

Przekręcam leciutko głowę w lewą stronę i widzę moją mamę wpatrzoną w okno. To niebo jest już kanadyjskie. Czuję to. Zaraz przecież będziemy lądować. Jestem jednak trochę niespokojna. I wcale nie mam na myśli tego, że boję się latać samolotami. Bardziej obawiam się tego co będzie, kiedy wreszcie postawię swoje stopy na lotnisku. Jednak zdaniem mamy przeprowadzka to najlepsze wyjście patrząc na naszą aktualną sytuacje. Nie wyobraża sobie bowiem nadal mieszkać w Londynie, kiedy każdy najmniejszy szczegół tego miasta przypomina jej o moim ojcu. Poza tym odkąd dziadkowie przenieśli się do Europy ich dom w Stratford stoi całkowicie pusty. Przyda mu się trochę życia, chociaż my teraz nie bardzo należymy do grona osób, które mogą ten dom wypełnić czymś takim. Jesteśmy trochę jak chodzące zombie. Niby normalnie wykonujemy wszystkie nasze obowiązki, jednak robimy to bardziej mechanicznie i z przyzwyczajenia niż z jakichkolwiek chęci. Zwłaszcza mama, która bez tabletek pewnie nie wstałaby nawet z łóżka. Ja przynajmniej robię to już samodzielnie.

Wrzucam ostatnią z walizek na tylne siedzenie taksówki i sadowię się tuż przy niej. Mama zajmuje miejsce obok kierowcy. Nikt ze sobą nie rozmawia. Jedynie taksówkarz cichuteńko nuci pod nosem jakąś piosenkę. Nawet nie włączył radia. Zachowuje siĘ trochę jakby i on słyszał o naszej tragedii i nie wiedział czy w tej sytuacji wypada podjąć jakikolwiek temat. Kiedy w końcu jego głos przerywa ciszę ja aż podskakuje na siedzeniu.
- Jesteśmy na miejscu - mówi i parkuje na podjeździe - Pomóc panią z bagażami? - pyta uprzejmym tonem. Nie brzmi to jak z obowiązku, ale naprawdę z czystych chęci.
- Nie, dziękuję. Poradzimy sobie. Nie mamy tego aż tak dużo - mama posyła mu dość krzywy uśmiech pośpiesznie wyciągając przy tym pieniądze ze swojego portfela. Chwile po tym siedzę już w pokoju, który należał do niej, kiedy była jeszcze nastolatką. Wpatruję się w jego bladoróżowe ściany zastanawiając się na jaki kolor mam ochotę je przemalować. To dziwne, ale w tym momencie wydaje się to moim największym problemem. Przekraczając próg domu nagle wszystkie moje zmartwienia odeszły. Nie wiem jak to możliwe, ale czuję się tak jakby zostały one setki kilometrów za mną. Teraz w głowie mam jedynie to, że nienawidzę różu.

*

Promienie słońca wpadają do pokoju przez niezasłonięte okna i rozświetlają tym samym całe pomieszczenie. Jednak to nie one są powodem mojej tak wczesnej pobudki. Ze snów wyrwał mnie powtarzający się co kilka sekund krótki, lecz bardzo denerwujący dźwięk. Nie potrafię jednak go zidentyfikować. Dopiero kiedy słyszę go po raz trzeci orientuję się, że jest to dzwonek do drzwi. Wciąż zaspana przekręcam się na brzuch i przykrywał głowę poduszką. Leżę tak z nadzieją, że ten niespodziewany i nieproszony gość zrezygnuje z odwiedzin i zniknie równie szybko jak się pojawił. Niestety prawdopodobnie za cel obrał sobie, że mimo wszystko zmusi mnie do wstania z łóżka i kiedy słyszę dzwonek po raz dziesiąty z rzędu poddaję się. Schodzę na dół i chcąc jak najszybciej pozbyć się intruza z grymasem na twarzy otwieram mu drzwi.
- Cześć - mówi przyglądając mi się dość uważnie. Nie uśmiecha się. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji poza skupieniem, a jego wzrok przeszywa mnie w taki sposób, że mam wrażenie, że ma dostęp do moich myśli. Przeraża mnie to, ale staram się zachować spokój tłumacząc sobie to wszystko swoją zbyt bujną wyobraźnią. Wciąż nie znam jednak celu wizyty tegoż nieznajomego.
- W czym mogę Ci pomóc? - pytam starając się by nie drżał mi głos. Przede mną stoi posiadacz najbardziej przenikliwego spojrzenia na świecie. Jest to dobrze zbudowany chłopak mający taką ilość tatuaży, że nie jestem w stanie ich zliczyć. Nie wiem dlaczego, ale budzi we mnie strach chociaż muszę przyznać, że jest on niesamowicie przystojny. Jednak z racji tego, że nie podoba mi się to jakie uczucia we mnie wzbudza to mam ochotę jak najszybciej zamknąć drzwi.
- Słyszałem, że niedawno wprowadziliście się tu - mówi przywracając mnie tym samym do rzeczywistości.
- Tak - odpowiadam po chwili. Czuję się trochę zmieszana całą tą sytuacją - Właściwie to dopiero wczoraj - dodaję. Chłopak wciąż przygląda mi się bardzo uważnie. Czuję, że moje policzki zaczynają płonąć i nie mam pojęcia dlaczego. Próbuję więc zakryć je włosami.
- Przyszedłem się przywitać. To taka tradycja - chłopak wyjaśnia mi cel swojej wizyty.
- To chyba powinieneś przynieść coś ze sobą, a nie masz nawet ciasta - mówię zanim zdążę ugryźć się w język. W moich myślach to zdanie brzmiało mniej idiotycznie. Ku mojemu zaskoczeniu udało mi się chyba go trochę rozbawić, bo po chwili pierwszy raz widzę jego uśmiech.
-  Justin - chłopak nagle wyciąga w moją stronę dłoń. Otwieram usta by również się przedstawić, ale on natychmiast mnie uprzedza - Jessica. Tak wiem - delikatnie się uśmiecha - Jesteś bardzo podobna do swojej babci - dodaje po chwili.
- Dziękuję - mówię chociaż nie wiem czy komplementem jest porównanie mnie do staruszki. Bardziej jednak zastanawia mnie skąd może pamiętać jak wyglądała. Przecież wyprowadziła się stąd naprawdę wiele lat temu. Nawet jeśli chłopak mieszka tu od zawsze to oboje byliśmy bardzo mali, kiedy ja tu przyjeżdżałam. Nie może więc pamiętać mojej babci, ani znać mojego imienia. Wszystko to naprawdę mnie przeraża.
- Mieszkam naprzeciwko - mówi jakby przed chwilą czytał w moich myślach - Mogę wejść? - pyta patrząc w przestrzeń za moimi plecami. Jednak zaraz z powrotem kieruje wzrok na mnie. Nie wiem czy oszalałam czy to przez to spojrzenie, którym mnie obdarzył, ale odsuwam się i gestem zapraszam chłopaka do środka. Staram się ignorować myśli, które mówią mi jak bardzo bezmyślnie postępuje. Przecież możliwe jest, że on po prostu chce sprawdzić jakie cenne rzeczy mamy w domu tylko potem by później nas z nich okraść. Nigdy nic nie wiadomo, a przecież widzę go po raz pierwszy w życiu. Justin jednak sprawia wrażenie jakby nie był pierwszy raz w tym domu. Bez problemu odnajduje drogę do kuchni i zajmuje miejsce przy długim stole. Ja natomiast nie wiem jak mam się zachować. Staję przy blacie, lekko się o niego opierając nie wiedząc nawet gdzie podziać wzrok. Czuję się bardzo skrępowana. Jestem bowiem w samej koszulce, która ledwo zakrywa mi pośladki. Do tego mam roztrzepane włosy i zero makijażu. Czuję się wręcz naga. Wcale mi to nie pomaga w nawiązywaniu nowej znajomości.
- Twoja mama będzie dopiero za kilka godzin. Chyba nie ma sensu, żebym na nią czekał -  mówi znowu wzbudzając we mnie pewien rodzaj strachu. Skąd on to wie? Tym razem jednak szybko mi to wyjaśnia i macha liścikiem, który mama zostawiła rano na stole. Z ulgą wypuszczam powietrze co nie umknęło uwadze mojego gościa.
- Wyglądasz jakbyś była zdenerwowana - mówi - albo raczej śmiertelnie przerażona - poprawia się. Mam ochotę natychmiast zaprzeczyć, ale jedyne na co mnie stać to pokręcenie głową. Wygląda to tak żałośnie, że natychmiast robię się czerwona. Mam już dość tej wizyty, ale zanim zdążę to powiedzieć Justin sam wstaje od stołu i kieruje się do wyjścia - Miło było cię zobaczyć - rzuca na pożegnanie.
 Zanim ruszam się z kuchni mija kilka minut. Mam problem z nawiązaniem kontaktu ze swoimi kończynami. Mam wrażenie, że przyrosły one do podłogi i nie ma szans na to, żeby udało mi się wrócić do pokoju. W końcu jednak odzyskuję nad nimi władzę.
Przez resztę dnia nie dzieje się nie szczególnego. Próbując nie myśleć o tym dziwnym najściu skupiam swoją uwagę na telewizji i nie odrywam się od niej aż do powrotu mamy. Jej obecność sprawia, że czuję się jakoś bardziej bezpieczna. Idę więc za nią do kuchni i pomagam rozpakować zakupy.
- Mieliśmy dziś gościa - mówię jakby od niechcenia jednak sama myśl o chłopaku wywołuje w moim brzuchu dziwne szaleństwo.
- Kogo? - mama podnosi wzrok znad torby przepełnionej jedzeniem.
- Jakiś Justin - wzruszam ramionami - Chyba znał babcię. Mieszka naprzeciwko - dodaję.
- Naprzeciwko? - pyta nie przerywając pakowania do szafki jakichś puszek - Musiało ci się coś pomylić. Widziałaś ten dom? Od lat nikt tam już nie mieszka.
- Och, musiałam w takim razie źle usłyszeć. Może powiedział niedaleko.
- Pewnie tak - ucina tym rozmowę. Ja jestem jednak pewna, że usłyszałam dobrze. A więc pięknie. Już pierwszego dnia wpuściłam do domu złodzieja!

*

Czuję, że tej nocy nie zasnę. Leżę w łóżku od ponad trzech godzin, a oczy nawet mi się nie zamykają. Przeraża mnie to, bo mam wrażenie, że wracam do stanu sprzed kilku miesięcy, kiedy to nie mogłam usnąć bez tabletek. Zaledwie tydzień temu lekarz pozwolił odstawić mi już wszystkie pigułki jakie przyjmowałam. Przestano sztucznie podtrzymywać mi dobry nastrój i wymazywać ciągle powracające myśli o śmierci ojca. Uznano, że jestem już wystarczająco silna, by zmierzyć się z rzeczywistością. Ale czy na pewno? Ostatniej nocy budziłam się trzy razy. I to z krzykiem. Teraz tak naprawdę to boję się zasnąć. Postanawiam więc wywietrzyć sobie pokój. Może chłodne nocne powietrze troszeczkę mnie ożywi. Przesuwam więc ciężkie zasłony, ale zamiast otworzyć okno za strachem odskakuję do tyłu. Mam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Mam ochotę zacząć krzyczeć jednak nie mogę wykrztusić z siebie ani słowa. Stoję więc bez ruchu i obserwuję jak chłopak który dziś rano złożył nam wizytę przeskakuje przez bramkę i powolnym krokiem zbliża się do naszych drzwi...